Kulisy pracy

Jak dowieźliśmy 12 ton oświetlenia w 14 godzin

Autor Marek Wiśniewski, Kierownik Spedycji·12 listopada 2024·4 min czytania

We wtorek o 7:14 rano zadzwonił telefon, którego żaden spedytor nie chce odbierać przed kawą. Niemiecki transport z oświetleniem utknął pod granicą, a 12 ton delikatnego sprzętu musiało trafić na warszawski Torwar przed wieczorną próbą.

Telefon, który zmienił plany

Dzień zaczął się od gwałtownego zwrotu akcji, gdy kierownik produkcji z firmy eventowej LightMaster przekazał nam, że ich główny dostawca sprzętu z Hanoweru miał awarię silnika. W luku bagażowym znajdowało się 84 ruchome głowy oświetleniowe, 14 belek LED oraz 3 potężne konsole sterujące, które są sercem całego show. Sprzęt musiał zostać przeładowany i dostarczony do Warszawy w mniej niż 15 godzin, inaczej ekipa montażowa nie zdążyłaby powiesić konstrukcji przed wejściem muzyków na scenę. W branży koncertowej każde 30 minut zwłoki to realne straty finansowe liczone w tysiącach złotych za wynajem hali i pracę techników.

W Baseballtowndreamleague Logistics nie mamy czasu na długie narady, bo zegar tyka od pierwszej sekundy zgłoszenia. Nasz dyspozytor, Robert, natychmiast sprawdził system GPS i namierzył najbliższy wolny zestaw z windą. Wybór padł na nasz 12-tonowy samochód ciężarowy, który właśnie kończył rozładunek barier ochronnych w Gliwicach. Kierowca, pan Janusz, otrzymał nowe zlecenie o 7:42 i od razu ruszył w stronę punktu przeładunkowego przy autostradzie A4. Musieliśmy działać precyzyjnie, bo jeden błąd w nawigacji mógł położyć cały projekt, a na to nie pozwalamy.

W branży koncertowej każde 30 minut zwłoki to realne straty finansowe liczone w tysiącach złotych.

Walka z czasem na trasie

O godzinie 9:47 nasz samochód zameldował się na miejscu przeładunku. Przenoszenie 12 ton delikatnej elektroniki to nie jest wrzucanie worków z ziemniakami na pakę. Każda skrzynia transportowa, tzw. flight case, waży od 45 do 120 kilogramów i musi być odpowiednio zabezpieczona przed wstrząsami. Wykorzystaliśmy 37 pasów transportowych oraz 12 specjalnych mat antypoślizgowych, żeby nic nie drgnęło podczas gwałtownego hamowania. Ekipa przeładunkowa uwinęła się w 83 minuty, co uznaję za świetny wynik, biorąc pod uwagę stopień skomplikowania załadunku i konieczność zachowania ostrożności przy kruchych soczewkach lamp.

Ruszyliśmy w stronę Warszawy o 11:15. Standardowa trasa przez Łódź była wykluczona ze względu na raportowane przez naszych innych kierowców korki na węźle w Emilii. Zdecydowaliśmy się na przejazd drogą krajową nr 91, a potem przeskok na trasę S8, licząc na mniejszy ruch ciężarówek w środku tygodnia. Janusz to doświadczony fachowiec, który przejechał z nami ponad 470 tysięcy kilometrów, więc wiedziałem, że nie będzie niepotrzebnie stawał na parkingach, jeśli sytuacja tego nie wymaga. Komunikacja odbywała się co 90 minut przez krótki raport tekstowy, aby nie rozpraszać go podczas jazdy.

Walka z czasem na trasie

Niespodziewany zator pod Rawą

Kiedy wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem, o 14:32 system monitoringu ruchu pokazał czerwony kolor pod Rawą Mazowiecką. Wypadek dwóch aut osobowych zablokował dwa pasy ruchu, a szacowany czas oczekiwania wynosił 110 minut. Dla nas to była wieczność. Szybka analiza mapy i decyzja: zjeżdżamy na lokalne drogi przez Białą Rawską. Drogi były węższe i wymagały od Janusza większego skupienia przy manewrowaniu 12-tonowym pojazdem, ale pozwoliły nam ominąć korek w 27 minut. To był moment, w którym doświadczenie lokalne i znajomość regionu wygrały z algorytmami popularnych nawigacji.

O godzinie 16:50 byliśmy już na wysokości Nadarzyna. Ruch w stronę stolicy gęstniał z każdą minutą, bo zaczynał się popołudniowy szczyt. Janusz wykorzystał swoją wiedzę o skrótach w okolicach Janek, dzięki czemu omijał najgorsze zatory. W międzyczasie w Warszawie ekipa montażowa dostawała od nas regularne aktualizacje pozycji auta co 14 kilometrów. Dzięki temu wiedzieli dokładnie, kiedy przygotować wózki widłowe i otworzyć bramę wjazdową nr 4 na Torwarze. Koordynacja między transportem a odbiorcą to u nas podstawa, bo sprzęt musi być na miejscu wtedy, gdy ludzie są gotowi do pracy.

Doświadczenie lokalne wygrało z algorytmami popularnych nawigacji.

Sukces pod rampą

Wjazd na teren obiektu nastąpił o godzinie 18:04. Od momentu pierwszego telefonu minęło dokładnie 10 godzin i 50 minut, a sama trasa z przeładunkiem zajęła nam niecałe 9 godzin. Pod rampą czekało już 8 techników, którzy w ekspresowym tempie zaczęli wyładowywać oświetlenie. Pan Janusz osobiście dopilnował, aby każda skrzynia została odpięta z pasów w odpowiedniej kolejności, co ułatwiło technikom segregację sprzętu na scenie. O 19:22 ostatni case z konsolą sterującą GrandMA3 wjechał windą na poziom areny, a my otrzymaliśmy podpisany protokół odbioru bez żadnych zastrzeżeń co do stanu urządzeń.

Koncert odbył się bez przeszkód, a próba dźwięku i światła zaczęła się zaledwie z 12-minutowym opóźnieniem, co w tej branży jest uznawane za pełny sukces. Firma Baseballtowndreamleague Logistics po raz kolejny udowodniła, że robota zrobiona na czas to nie jest tylko puste hasło. Po rozładunku Janusz udał się na obowiązkowy 11-godzinny odpoczynek do pobliskiego hotelu, a my w biurze w Chorzowie mogliśmy w końcu wypić spokojną kawę. Ta akcja kosztowała nas sporo nerwów, ale satysfakcja z uratowania widowiska dla 3800 widzów była tego warta. Działamy w nocy i w święta, jeśli trzeba, bo wiemy, że w logistyce eventowej liczy się każda sekunda.

Sukces pod rampą